czwartek, 2 kwietnia 2020

ŻYWE TRUPY

filmweb.pl
Wczoraj zmarł Carl, jedna z czołowych postaci kultowego serialu "The walking dead". Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie uronienie przeze mnie na tę okoliczność krokodylich łez w rozmiarze, który podczas projekcji filmu przydarzył mi się pierwszy raz w życiu. Carl zmarł, ale co to była za śmierć!? Nie z pół obrotu jak u Chucka Norrisa, ale śmierć ze wszech miar przemyślana, namaszczona, z żalem za przewinienia, z przesłaniem, po prostu boska!
Dopowiem, że przed kilkoma laty, kiedy żona kazała wszystkim domownikom wynosić się z pokoju telewizyjnego, bo o 22.00 na FOX-ie odpalali jej serial, opuszczałem "salę kinową" z największą odrazą, nie pojmując, jak można rozsmakowywać się w tych niehumanitarnych paskudztwach, jak rozwalanie głów "sztywnym" czym popadnie. O ile wówczas film zajeżdżał mi siarką, tak obecnie, gdy na sugestię żony, przyłączyłem się do oglądania wszystkich serii od początku (w ramach zabijania czasu przymusową odsiadką w areszcie domowym w ramach nieubłaganej walki z koronawiarusem), zdanie diametralnie zmieniłem. Tym bardziej, że bez trudu wychwytywałem subtelnie przemycane, przez reżysera i scenarzystę, wątki chrześcijańskie. Fakt ojciec Gabriel (ta ofiara losu;) wyznaniowo jest trudny do sklasyfikowania. Jedno z pierwszych rzutów na tablicę przed jego świątynią "parafialną" mówi o wspólnocie episkopalnej. Jednak różaniec, który nagle pojawia się w jego ręku, a następnie (kilkanaście odcinków później) propozycja wyspowiadania szefa gangu "Zbawców" wytrąciłaby oręż z ręki najzacieklejszemu badaczowi chrześcijańskich denominacji. Ale niech mu tam. Ważne, że w 99% paraduje w koszuli z koloratką - co za piękne świadectwo! :) Taki widok u dzisiejszego kleru katolickiego, nawet na oficjalnych zlotach duchowieństwa, wydaje się przechodzić do lamusa. Wszak w imię czego zrażać do siebie ludzi albo się narażać? A więc szacun, mimo że ojczulek pierdoła (poza drobnymi wyjątkami). 
Ale przecież ja nie o tym, a o wojnie, która w tych dniach niczym perfidny wirus wstrząsa umysłami katolików po całym Bożym świecie z hierarchami na czele.

Wojna totalna

Minister zdrowia Szumowski Łukasz, chwalony jest za swój katolicyzm i oddanie służbie bliźniemu, czego dowodem mają być jego zdjęcia z pobytu i posługiwania chorym (wraz z żoną) u matki Teresy z Kalkuty. Ładnie, a nawet pięknie, tylko czemu mości pan doktór Judym najpierw dozwolił na 50 osób w kościele, żeby tydzień później obciąć cyferkę "0"? W tramwaju, opowiada w wywiadzie, ma być co drugie miejsce wolne, a w kościołach (dużo większych niż środki komunikacji miejskiej) jedynie 5. Obłęd.
Nie byłoby w tym może nic oburzającego, gdyby nie fakt realnego i odbywającego się na naszych oczach wiernopoddańczego sojuszu tronu z ołtarzem. Biskupi polscy w podskokach z rządowych wytycznych zrobili szóste przykazanie kościelne. Rekordzistą jest chyba JE Libera Piotr, który w swoim zamaszystym resume jakieś 9 razy (sic!) używa niczym zaklęcia obowiązkowej liczby 5 na wszystkich mszach do 12 kwietnia br. włącznie (sorry - Triuduum Sacrum bez ludu, ciekawe czy Chrystus się uchowa) - oczywiście z możliwością pociągnięcia dalej - wedle życzenia partii rządzącej PP(i)S. Władza każe zamknąć świątynie? Zamkniemy na zdrowie! A kto się sprzeciwi, temu władza rękę trzymaną przez biskupów odrąbie.

Siostry też (nie)miłosierne...

...strasznie się przejęły...czy będzie myślozbrodnią domniemywać, że są na garnuszku kurialnych i państwowych dotacji, skoro tak usilnie chcą się wykazać w walce z zarazą? Nie wiem, ale myślę, że św. Faustynka w grobie się przewraca. Strażniczki miejsca, gdzie Pan Jezus Miłosierny łaskaw był po raz pierwszy się objawić (Płock, Stary Rynek), gdzie wyraził życzenie, aby namalować obraz z podpisem "Jezu, ufam Tobie" obwieściły na drzwiach wejściowych kapitulację względem magicznej cyfry 5, skrupulatnie reglamentując dostęp do światowego centrum Bożego Miłosierdzia. Dzięki wirusowi powróciła do klasztoru instytucja furtianki, która zamyka drzwi do przybytku Pańskiego, gdy ten zapełni się pięcioma osobami. Ciekawe, czy siostry też modlą się na raty (z pewnością w klasztorze jest ich więcej niż 5), na raty jedzą posiłki i czy dolicza się je do liczby wiernych świeckich obecnych w kaplicy z wystawionym Najświętszym Sakramentem, czy też mają swoje wewnętrzne co najmniej dwie msze?

A co u tradycjonalistów?

Też fobia. Zawsze uważałem środowisko ludzi przywiązanych do tradycji katolickiej i Mszy, która przeżyła nie jedną zarazę, za skałę i twardzieli pod każdym względem. Rozczarowanie. Wyimaginowane lęki przed wtargnięciem policji, odliczanie do pięciu, kombinowanie z dwoma mszami godzina po godzinie celebrowanej przez tego samego kapłana. Nie pojmuję. Prawo Boże, zdrowy rozsądek i tu ustępuje miejsca zarządzeniom władzy ludowej. Jak takie powściągliwe i zapobiegawcze postawy mają się do stanowiska pierwszych chrześcijan narażających swoje życie, aby uczestniczyć w coniedzielnej Mszy Świętej, tych, którzy przyłapani na złamaniu zakazu cezarów, mieli na swoją obronę jedynie... - "Bo my nie możemy żyć bez Mszy Świętej!"?
Bez obaw, co bardziej twardogłowi kapłani zapowiedzieli, że nie rozpoczną mszy trydenckiej, dopóki nie wyjdzie z kościoła czy kaplicy ponadwymiarowa liczba osób. Szał pał, panie dzieju. Nie masz wyjścia, idź na mszę posoborową - tam na szczęście nie wszyscy księża zalecenia i cyferki traktują w sposób zabobonny i magiczny, że użyję sformułowania bpa Libery (Zarządzenie z 26.03.2020, pkt 15.11). 
Niech Was boska ręka broni, moi drodzy parafianie, przed zabobonem że Komunią Świętą nie można się zarazić!

Kazus sierot św. Jana Bosko

W 1854 r. w Turynie rozszalała się epidemia cholery. Wychowankowie ks. Bosko, wierzyli, za sprawą swojego opiekuna, że włos z głowy im nie spadnie, jeśli będą w stanie łaski uświęcającej. Dodatkowym orężem miał być wręczony każdemu cudowny medalik NMP z paryskich objawień r. 1830. Ponad 30 sierot Jana Bosko ruszyło na pierwszy front opieki nad chorymi i umierającymi. Turyńska „Harmonia” tak opisywała ich pracę
„Ożywieni duchem księdza Bosko, który jest dla nich bardziej ojcem niż przełożonym, odważnie zbliżają się do zarażonych, budzą w nich siłę i zaufanie nie tylko słowami, ale także czynami. Biorą ich za ręce i nacierają je bez pokazywania jakiegokolwiek przerażenia czy strachu. Przeciwnie, kiedy wchodzą do jakiegoś zakażonego domu, zaczynają od rozmowy z przestraszonymi ludźmi; dodają im otuchy i proszą, aby wyszli, jeśli się boją, z wyjątkiem przypadków, kiedy idzie o chorych płci słabej. W tych okolicznościach żądają, by ktoś został w pobliżu. Kiedy chory wyzionie ducha, znów z wyjątkiem gdy chodzi o niewiasty, dokonują ostatnich zabiegów przy zwłokach”. Żaden z nich nie zapadł na cholerę. Jedynie Cagliero zachorował na tyfus. Z powodu epidemii zmarło w Turynie 1250 osób. Innych 550 odeszło z powodu choroby żołądka powstałej po zaleczeniu cholery. Po epidemii ks. Bosko przyjął do swego domu grupę kilkunastu nowych sierot.

Wiara zwycięża lęk, pod warunkiem, że się ją ma.

Plusy dodatnie, plusy ujemne

Spośród już zauważalnych i spodziewanych pozytywów na plus i na minus należy wymienić:
1. Wyeliminowanie "11 przykazania boskiego" w postaci sekciarskiego przekazywania sobie znaku pokoju poprzez niecierpiące odmowy podanie ręki wszystkim w promieniu pięciu metrów. [Ps. Parę lat temu byłem na mszy w bazylice przy Kawęczyńskiej (stolica). Celem uniknięcia podania łapki, wcześniej zapobiegawczo uklęknąłem, schylając głowę. Na nic to. Starsza pani zaczęła mnie pukać po ramieniu, dając sygnał, że łamię "11 boskie przykazanie" nie przekazując jej znaku pokoju. Na nic to - potraktowałem starszą panią jak powietrze. Identycznie zachowała się inna starsza pani w jednej z parafii pod Warszawą. Zadała sobie trud, aby krokiem dostawnym kilka metrów w ławce zbliżyć się do mnie i klęczącego (z głową w dół) klepać po ramieniu. Rzecz jasna - nie zareagowałem.] Reasumując - duży plus dla zarazy. Zostanie wiernym do dyspozycji zaledwie tzw. "koński łeb" - jak pieszczotliwie wyraził się o tym geście polski liturgista śp. ks. Bogusław Nadolski. W tym miejscu powinien nastąpić obszerny wykład o fatalnej pomyłce, jaką było wprowadzenie tzw. znaku pokoju do mszału, posoborowego, ale żeby nie przynudzać, nie nastąpi. Zauważę tylko, że do niedawna obrzęd przekazania znaku pokoju był fakultatywny (zgodnie z rubrykami), obecnie zaś stanowi obrzędowy przymus. Uchowaj Boże przed odnowicielami mszałów... 
2. Księża łudzą się, że ludziska po wszystkim zatęsknią i za jakiś czas ruszą tłumnie do kościołów, że wiara w narodzie wzrośnie w skutek uczestnictwa wirtualno-duchowego. Mam zgoła odmienne zdanie. Myślę, że duża część z wiernych zapobiegawczo (w obawie przed zarazą) udzieli sobie dyspensy na kolejne tygodnie/miesiące i pozostanie przy odbiornikach radiowo-telewizyjnych transmitujących Msze święte z ołtarzy całego świata.
3. Ból wielki - spadek dochodów kościelnych przez prawie całkowitą eliminację tacy i ograniczenie mszy/intencji. Wszak kto zechce ryzykować zdrowie i życie, aby wystawać w kolejkach do kancelarii parafialnych? Czy w związku z powyższym diecezje (kurie), biorąc za wzór przewodnią rolę KC PP(i)S, odciąży proboszczów z podatków, czy tylko odroczy płatności/ względnie rozłoży na raty? Trudno dociec. Będziemy bacznie się przyglądać. A zatem kolejny, może złudny plus - mniej przywiązania do kasy.
4. A ty organisto, graj cyganie - świątek, piątek i niedziela - to plus ujemny, zaś dodatni jest taki, że dekrety biskupie, poza obecnością minimalnej liczby celebransów podczas zbliżającego się "Triduum Silentium" i max. 3 dorosłych ministrów, biją czołem hołd ruski przed muzykami kościelnymi - wiadomo, ktoś musi pośpiewać, żeby totalnie smutno, mimo braku wiernych, nie było. Z drugiej zaś strony jest to jawna dyskryminacja organistów - bo niby dlaczego nie mogą skorzystać na zarazie i zostać w domu, skoro tak ochoczo tron i ołtarz dali wolne szeregowemu parafianinowi od szóstego wzwyż? Pół biedy, gdyby pozwolono organistom, mającym parafialne obrzędy na odsłuchu, grać w domu - wówczas mogliby się legalnie napić i zakąsić przy wielkanocnym, niepoświęconym jajku.
5. O pomstę do nieba woła pomysł hierarchii kościelnej zachęcającej, w imię higieny, o przyjmowanie przez wiernych Komunii Świętej na rękę. Czyli przychodzi do kościoła max. 5 luda (najgorliwsi z gorliwych) i zadaje im się gwałt, zmuszając do wziętego z protestantyzmu sposobu przyjmowania Najświętszego Ciała Zbawiciela. Zdrowy rozsądek nakazuje nie wątpić, że mniej zarazków dostanie się do ust wiernego z pominięciem jego ręki. Druga kwestia to niebezpieczeństwo profanacji. Wszak Komunia Święta z pewnością pozostawi na niewysterylizowanej ręce przyjmującego jakąś cząstkę Eucharystii, a przecież w każdej z nich, wedle niepodważonej do dziś nauki Soboru Trydenckiego, obecny jest CAŁY CHRYSTUS. 

Żywe trupy

Zaprawdę żywe z nas trupy, jeśli z obawy przed zarazą wysyłamy Pana Jezusa w tym Wielkim Poście na pustynię, jeżeli uważamy, że pięciu ludzi w kościele nie stanowi zagrożenia, ale sześciu i więcej już tak (mimo że jeszcze parę dni temu pięćdziesiątka w kościele była OK!).
Gdy w "ciemnym" i zaściankowym" średniowieczu duchowieństwo zamieniało kościoły na szpitale, wychodziło na ulice, aby jednać z Bogiem i opatrywać w sakramenty na drogę do wieczności, ryzykując własnym życiem, tak dziś nawet papa Francesco, który niedawno żądał od chrześcijan zejścia z wygodnej kanapy i ruszenia w teren, odwołuje publiczne modły, chowając się za telebimami - zapewne w imię większej miłości bliźniego. 
Ryba psuje się od głowy? Przykład idzie z góry? Na to wygląda...

A Ty, Panie, zmiłuj się nad nami i nad pasterzami, którzy pasą sami siebie...

"Tak mówi Pan Bóg: Biada pasterzom Izraela, którzy sami siebie pasą! Czyż pasterze nie powinni paść owiec? Nakarmiliście się mlekiem, odzialiście się wełną, zabiliście tłuste zwierzęta, jednakże owiec nie paśliście. Słabej nie wzmacnialiście, o zdrowie chorej nie dbaliście, skaleczonej nie opatrywaliście, zabłąkanej nie sprowadzaliście z powrotem, zagubionej nie odszukiwaliście, a z przemocą i okrucieństwem obchodziliście się z nimi. Rozproszyły się [owce moje], bo nie miały pasterza i stały się żerem wszelkiego dzikiego zwierza. <Rozproszyły się>, błądzą moje owce po wszystkich górach i po wszelkim wysokim pagórku; i po całej krainie były owce moje rozproszone, a nikt się o nie nie pytał i nikt ich nie szukał. Dlatego wy, pasterze, słuchajcie słowa Pańskiego: Wyrocznia Pana Boga: Przecież owce moje stały się łupem i owce moje służyły za żer wszelkiemu dzikiemu zwierzęciu, bo nie było pasterza, pasterze zaś nie szukali owiec moich, bo pasterze sami siebie paśli, a nie paśli moich owiec, dlatego wy, pasterze, słuchajcie słowa Pańskiego. Tak mówi Pan Bóg: Oto jestem przeciw pasterzom. Z ich ręki zażądam moich owiec, położę kres ich pasterzowaniu, a pasterze nie będą paść samych siebie; wyrwę moje owce z ich paszczy, nie będą już one służyć im za żer. Albowiem tak mówi Pan Bóg: Oto Ja sam będę szukał moich owiec i będę miał o nie pieczę. Jak pasterz dokonuje przeglądu swojej trzody, wtedy gdy znajdzie się wśród rozproszonych owiec, tak Ja dokonam przeglądu moich owiec i uwolnię je ze wszystkich miejsc, dokąd się rozproszyły w dni ciemne i mroczne. Wyprowadzę je spomiędzy narodów i zgromadzę je z krajów, sprowadzę je z powrotem do ich ziemi i paść je będę na górach izraelskich, w dolinach i we wszystkich zamieszkałych miejscach kraju. Na dobrym pastwisku będę je pasł, na wyżynach Izraela ma być ich pastwisko. Wtedy będą one leżały na dobrym pastwisku, na tłustym pastwisku paść się będą na górach izraelskich. Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisko - wyrocznia Pana Boga. Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał. Będę pasł sprawiedliwie" (Ez 34,2-16).

środa, 18 marca 2020

Czy Bóg stworzył koronawirusa? Słowo ks. bpa Józefa Zawitkowskiego

Była Środa Popielcowa
w Roku Pańskim 2020.
Ksiądz w kościele
posypał mi głowę popiołem
i powiedział: Pamiętaj biskup,
że jesteś prochem
i w proch się obrócisz.

Powinienem się obrazić,
bo mam swoja godność,
i nikt mnie nie będzie obrażał
i nazywał – prochem.

Nie!
Jak to dobrze, że jest
taki dzień w roku,
że ktoś mi powie prawdę,
bez kadzideł, wierszyków,
kwiatów i laurek.
Prochem jestem, ale wiem,
że w tym glinianym naczyniu
swojego ciała, noszę tchnienie Boga,
a to tchnienie nie umiera.
Non omnis moriar, (Wergiliusz)
a Mickiewicz powie mi inaczej:
Czymże ja jestem przed Twoim obliczem,
prochem i niczem,
ale gdybym Tobie moję
nicość wyspowiadał,
ja proch, będę z Panem gadał.

Ja wiem o tym,
że z Boga i w Bogu
jest moja wielkość:
Czymże jest człowiek,
że o nim pamiętasz,
albo Syn Człowieczy,
że o nim masz pieczę. (Ps 8,15)
Oczywiście mnie niewiele mniejszym
od aniołów.
Czym się Panu odpłacę,
a wszystko co mi wyświadczył?
Dziękuje Ci, Boże,
żeś mnie tak cudownie stworzył
i w swoje dzieło tyle cudów włożył.

Człowieku,
gdybyś wiedział
jaka Twoja władza,
że o każdą myśl Twoją
walczą szatan i anioły…
Czy Ty w piekło uderzysz,
czy w niebo zaświecisz? (A. Mickiewicz)

Jestem dla siebie
wielką tajemnicą
i niespokojne jest moje serce,
dokąd nie spocznie w Panu. (Augustyn)
Wirus – to jakiś dla nas znak!

 ***

A w tę właśnie środę
dochodziły z daleka
i nie śmiało głosy,
że gdzieś daleko
jest śmiertelna choroba,
którą przynosi jakiś koronawirus.

Przychodzą więc człowiekowi
do głowy różne myśli:
To dlaczego Pan Bóg stworzył
takie śmiercionośne stworzonko?
Szukam odpowiedzi.
Czytam więc Księgę Rodzaju
i przy każdym dniu stworzenia
jak refren powtarza się wers:
I zobaczył Bóg, że było dobre.
I zobaczył Bóg,
że wszystko, co stworzył,
było bardzo dobre. (zob. Rdz 1,1-31)

A człowieka uczynił Bóg
z mułu ziemi,
ale na Swój obraz
i Swoje podobieństwo. (Rdz 1,27)

Stał się grzech.
Przez grzech przyszła śmierć
i wszystko, co do niej prowadzi.
Z ziemi jestem wzięty
i do ziemi wrócę,
ale nie wszystek umrę,
bo noszę w sobie
tchnienie Boga,
a to jest wieczne.

 ***

Mówię to wszystko dlatego,
że mówienie o śmiercionośnym
koronawirusie stało się rzeczywistością.
Piszę to w dniu 12 marca br.
w Polsce są zarażone 44 osoby,
jedna zmarła.
Wszystko stało się groźne,
wszyscy musimy być roztropni
i nawzajem za siebie odpowiedzialni.

Ogłoszono już pandemię,
bo epidemia objęła cały świat.
Najbardziej cierpią Włosi.
Ponoć zlekceważyli zakaz
zgromadzeń, a studenci
i szkolniaki zamknięcie szkół
potraktowali jako ferie.
Roznieśli więc zarazę.
Wirus dotarł i do Watykanu.
Zamknięto kościoły, nawet Papież
schronił się za telebimem.
I co na to Pan Bóg?
Widzi i milczy?

To jeszcze za wcześnie
na odpowiedź.
Co nam mówi o tym Pismo Święte?
W Księdze Liczb jest opisane
takie wydarzenie:
Żydzi szemrali przeciw Bogu
i przeciw Mojżeszowi:
Po coście nas wyprowadzili
z Egiptu? Żebyśmy wyginęli
tu na pustyni?
Totalna opozycja.
I zesłał Bóg na nich
węże jadowite… zginęło
bardzo dużo Izraelitów.
Prosili więc Mojżesza:
Wstaw się za nami,
żeby Bóg oddalił od nas karanie,
bo szemraliśmy przeciw Bogu.

Mojżesz zawsze wstawiał się
za wybranym narodem.
Ocal nas.
Przecież nie wyprowadziłeś nas
z domu niewoli po to,
aby nas wytracić?
Jesteśmy przecież Twoim narodem.
Nie wydaj na zatracenie
swojego dziedzictwa.

Wtedy Bóg rzekł do Mojżesza:
Sporządź węża
i zawieś go na palu.
Każdy kto spojrzy na węża
będzie ocalony. (Lb 5,15)
I tak było.

Jest Wilki Post
i czytam w Ewangelii Janowej:
Jak Mojżesz wywyższył
węża na pustyni
tak trzeba, aby i Syn Człowieczy
był wywyższony, a każdy
kto spojrzy na Niego z wiarą
będzie miał życie wieczne. (por. J 3,14-17)
Coś mi to mówi.

 ***

Bardzo wiele starań
ponieśli: prezydent,
premier, minister zdrowia,
minister obrony, oświaty, kultury,
administracji, cała służba zdrowia,
straż graniczna i inni.
Bóg Wam zapłać.
Zmęczeni jesteście.
Modlimy się za Was.
Bóg wasz los
odmieni ku dobremu.
Chyba wszyscy Polacy
poczuli się odpowiedzialni
za siebie i innych.
Odwołano wszystkie zgromadzenia,
imprezy, szkoły, kina, teatry.
Ludzie wykupili żywność.
Dobrze!
Niech im starczy na długo,
niech będą spokojni.
Ale totalna opozycja
choć podpisała ustawę sejmową
ma za złe rządowi, że
za późno, że za mało
i wszystko źle.
Kiedy ty zmądrzejesz,
głupia panno?

I co będzie dalej?
Ktoś ze znających sprawę
mówi, że to dopiero się zaczęło.

A co na to Kościół?
Podziwiałem mądrość Rządu
że na początku żaden z ministrów
nie wydał zakazu odnośnie
zgromadzeń w kościołach.
Premier prosił o modlitwę
i czekał na decyzję biskupów.
Mądre są zalecenia
Episkopatu: możemy korzystać
ze Mszy radiowych, telewizyjnych,
księża zwiększą ilość Mszy Świętych,
aby były mniejsze zgromadzenia wiernych,
znak pokoju przez skłonienie głowy.
Komunia Święta na rękę,
a to już rodzi pytanie:
Czy to Pan Jezus jest nosicielem wirusa?
Dziękujemy Przewodniczącemu Episkopatu
za mądre orędzie.
Tak mówią prorocy i kapłani Boga.

 ***

Jestem starcem, schorowanym,
wybudzonym ze śpiączki,
mogę więc spokojnie myśleć,
słuchać, dziwić się i obawiać.
Mogę modlić się z tymi,
co się modlą,
patrzeć na przerażenie bezbożnych,
modlić się za tych, co służą
tak ofiarnie, a z nadzieją.
Wołam więc samotnie:
Święty Boże…
Od powietrza, głodu, ognia i wojny
wybaw nas, Panie!

Spostrzegam jak inne jest
myślenie ludzi współczesnych
od myślenia ludzi,
co żyli przed nami.

Stoi w Łowiczu krzyż,
który przypomina epidemię cholery.
Jest w Żychlinie – cmentarz choleryczny,
znana była epidemia dżumy,
tyfusów i innych zakaźnych chorób.
Ludzie współcześni
mają zaplecze całej służby zdrowia.
Słuchają zaleceń znawców zagadnienia.
Byłem zbudowany troską
radia i telewizji
i modlitwą wiernych.
Tylko trzecia osoba w państwie
potrafi ominąć wszystkie zalecenia
i być ponad prawem.
A to więcej niż grzech,
to wstyd.

Ojcowie nasi mieli większą wiarę
i większe w Bogu zaufanie niż my.
Opozycja mi powie:
bo byli ciemni i głupi.
Nie, byli od nas lepsi!
Dziś bezbożni przejęli rządy
nad światem.
Usiłują decydować
o życiu, o śmierci,
o dobrem i złem.
A ostrzegał Bóg:
Nie dotykajcie drzewa życia,
bo umrzecie! (por. Rdz 2,17)
Grzechy Sodomy chcą uczynić prawe.
Procesje bezbożne,
profanacje krzyżów, ołtarzy,
obrazu Matki Bożej
i bluźnierstwa przeciw Bogu
i Jego Świętym.
Może wystarczy.
Straszne zło ogarnęło ziemię.
Czyżby Bóg jeszcze raz
żałował, że stworzył człowieka? (por. Rdz. 6,7)
To musiało się kiedyś
tragicznie skończyć,
bo aniołowie zła są po to,
aby zniszczyć każde dzieło Boga
i to największe – człowieka.
Grzech człowieka jest źródłem
wszelkiego zła.
A grzech nasz
stał się ogromny!

A ja mam mądrość
Świętej Żydóweczki Edyty Stein:
Człowiek bezbożny,
to osobowe, intelektualne
nieszczęście.
To przecież widać,
słychać i czuć
przez szkło telewizora.
Bezbożni powiedzą:
To Wasza Święta.
Nauka mówi inaczej.
To mam bezbożnego
który mówi tak o człowieku:
Wychowajmy najpierw człowieka,
bo gdy zaczniemy od polityki,
to wychowamy politycznie
uświadomioną bestię. (Igor Newerly)

A ja takich
politycznie uświadomionych bestii
bardzo się boję.
Przez nich tyle zła na świecie.
Człowiek człowiekowi
zgotował ten los.

Jeśli Bóg nie stworzył
koronawirusa to kto?
Nie wiem.
Politycy wiedzą,
nawet o tym jawnie mówią.
Ja tylko wiem dlaczego była
ptasia grypa.
Spalono wtedy tysiące polskich
farm drobiu.
Była też świńska grypa,
aby do dołów poszły tuczniki
wielu naszych hodowli.

Więc skąd koronawirus?
Może ktoś świadomie,
albo z głupoty otworzył
puszkę Pandory,
aby rzucić na kolana
światową gospodarkę
i światu pokazać,
że i w Grenadzie też zaraza.
Będą wiedzieć
ci co przeżyją.
I już wiadomo.

A ja dalej pytam,
co Kościół na to?
Wolę patrzeć na tych z przeszłości,
co wiarę mieli większą
niż dżuma i cholera.
Mądry jest Kościół
Matka moja,
a co z wiarą?

Święty Kardynał Boromeusz
biskup Mediolanu w czasie zarazy
nie zamykał Katedry, ale w procesji
z Najświętszym Sakramentem
obchodził miasto z modlitwą.
Przebacz, Panie przebacz,
ludowi Twojemu,
a nie bądź zagniewany
na nas na wieki.
I Bóg wysłuchał.
W czasie chorób zbiorowych
kościoły stawały się szpitalami,
a święte siostry, święci bracia
narażali życie, aby chorzy
mogli umierać jak ludzie.
Siostro! Ja bym tego
za milion dolarów nie robił.
Bo pan jest bezbożny,
a ja wierzę w Boga.
O mój Święty Rochu,
święty Szymonie z Lipnicy,
Ojcze Damianie,
Ojcze Bejzymie,
Święta Tereso z Kalkuty,
Siostry Szarytki.
Rzućcie jeszcze raz z samolotu
tysiące cudownych medalików,
aby ocalony był Paryż.
Matko Boska Łaskawa,
Święty Andrzeju Bobolo,
błogosławiony Władysławie z Gielniowa!
Pod kolumną Zygmunta,
na Placu Zamkowym
uklękła wtedy Warszawa wierzących
i śpiewała z wiarą:
Święty Boże, Święty Mocny,
Święty a Nieśmiertelny…
Od powietrza, głodu
ognia i wojny – wybaw nas .
Krzyża Nowego Sącza,
Was to Bóg wysłucha.

Zlękli się zarazy
i ludzi Kościoła.
Słusznie,
ale trzeba spytać:
Gdzie się podziała
nasza modlitwa,
co czyniła cuda?
Przestaliśmy się modlić.
Za mało się modlimy,
źle się modlimy!
Pominęliśmy Boga,
staliśmy się podobni do bezbożnych.
A gdybyśmy się
nawrócili jak Niniwici,
czyż Miłosierny
nie zlitowałby się nad nami?
Na pewno tak!
Tu trzeba naprawdę uwierzyć,
że Bóg może nas ocalić.
Jesteśmy sanitarnie, administracyjnie
liturgicznie w miarę poprawni,
ale to dziś nie wystarczy.
Zachowanie liturgicznej ostrożności,
to za mało.
To nie Pan Jezus
roznosi wirusa.
Trzeba mieć czyste serce
i czyste ręce.
I nie bójcie się! (Mt 14,27)
Nie wystarczą poprawne paciorki,
litanie i koronki.
Tu trzeba żebrać,
tu trzeba krzyczeć i kołatać,
żebrać, krzyczeć i kołatać,
ale z wiarą ewangelicznej
Syrofenicjanki i Kananejki.
Jezu, a jeśli mnie nie wysłuchasz
to się poskarżę Twojej Matce.
Tu trzeba nam ludziom epidemii
uklęknąć, nawrócić się,
nie udawać niewierzących.
Trzeba się wyspowiadać
przed Bogiem i przed ludźmi.
Moja bardzo wielka wina!
Czy Bóg wysłucha?
Wysłucha.
Kto z Was się Mnie dotknął? (Mk 5,30)
Wiara Twoja Cię uzdrowiła. (Mk 10,52)
Pozwól szczeniętom
zebrać okruchy spod
stołu ich panów.
Ja takiej wiary wśród Was
nie widziałem. (Mt 8,10)
Taka wiara
góry przenosi.
Taką wiarą
wzruszy się Bóg.

Polacy posłuchali nakazu.
Na Mszach Świętych było mniej
niż 50 osób.
A mnie przychodzi do głowy
Abrahamowe targowanie się z Bogiem:
A jeśli będzie 10-ciu sprawiedliwych
ocalisz to miasto?
Tak!
Nie było dziesięciu.

I to pomoże?
Pomoże, bo ludzie staną się lepsi,
a może przestaną
plwać na siebie
i żreć jedni drugich, (por. A Mickiewicz)
a może przypomną sobie,
że jednego mamy Ojca w niebie,
a matką jest nam ziemia miła,
co nas zbożem swoich pól
jak mlekiem wykarmiła. (M. Konopnicka)
a może przypomną sobie,
że tu królową jest sama
Matka Boża
i wyproszą, aby i teraz był
Cud nad Wisłą.
a Ona niech okazała, że jest Matką.

 ***

Z potrzeby serca
dzielę się z Wami
wiarą, modlitwą i nadzieją.
Bracia Czcigodni!
Jest Wielki Post.
Spójrzcie na krzyż z wiarą,
a będziemy ocaleni.
Umrze wirus,
a zmartwychwstanie Chrystus,
Zwycięzca zła i śmierci.
I będzie Wielkanoc,
a w czerwcu stanie
w aureoli świętości
Wielki Prymas Tysiąclecia
i powie bezbożnym:
Non 12.03.2020r.  nam, którzy ocaleli powie:
Kocham Was więcej
niż własne serce!
bo Nic nad Boga (W. Poll)
i Któż jak Bóg?
Zatęsknią ludzie za Komunią Świętą.
To są znaki czasu,
trzeba nam je rozpoznać.
A Duch Boży
odnowi oblicze ziemi.
Patrzcie jak się zmienia! (por. C.K. Norwid)
i będzie nowa ziemia
i nowe niebo,
bo dawne rzeczy
przeminęły.
Ucałuje się
sprawiedliwość i pokój
i wierność z ziemi wyrośnie. (por. Ps 85)
Niech no tylko
zakwitną ogrody.

Amen.

Ostańcie z Bogiem – Ludzie Kochani!

Łowicz, 12.03.2020 r.

środa, 11 listopada 2015

poniedziałek, 5 listopada 2012

Lefebryści Jacka Dziedziny




W „Gościu Niedzielnym” z 28.09.2012 red. Jacek Dziedzina zaprezentował tekst zatytułowany „Przeciąg w Kościele”. Artykuł wpisuje się w ogólny nurt nagonki na tzw. lefebrystów, czyli tych złych, co to w czambuł odrzucili sobór, zaś jego autor zdaje się mienić cudownym rozjemcą między przeszłością, teraźniejszością a przyszłością prawdziwego Kościoła. Ochoczo, nie po raz pierwszy na łamach GN, wytyka błędy poplecznikom abp. Marcela i jemu samemu, z uznaniem zaś odnosi się do sukcesów ery watykańskiego drugiego i owoców, jakie wydał, choćby w dużej części były one tylko wirtualne.

Ad rem

Chwała Panu Dziedzinie, że w dziedzinie liturgii posoborowej doszukał się pewnych niestosowności, zwłaszcza w poczynaniach tych, którzy chcieli „wywrócić ją do góry nogami”. Szybko jednak zauważa pewne „słuszne” (na szczęście subiektywnie słuszne) rozwiązania w postaci kapłana odwróconego przodem do ludzi, czy też ołtarza – o którego odwróceniu w sensie nawet przenośnym trudno mówić, mimo to Pan Redaktor uważa to za możliwe. Nie brnąc w dywagacje architektoniczne, dość powiedzieć, że żaden z dokumentów soborowych i posoborowych nie nakazuje kapłanowi celebrować Eucharystii przodem do ludu, języki narodowe w liturgii zostały jedynie dopuszczone, a muzyka okołoliturgiczna, z jaką się spotykamy, to często dopust Boży.

Gdzie jest krzyż?

Wiedza, jaką przeciętnemu czytelnikowi może dostarczyć lektura „Ducha liturgii” kard. Ratzingera, wystarczyłaby, aby uszczknąć znajomości tematu związanego z orientacją modlitwy liturgicznej, której Kościół był wierny przez minione stulecia i którą nader wykwintnie wykłada w swym dziele obecny Ojciec święty. Nie będziemy tu nikogo uświadamiać o historycznej, geograficznej i eschatologicznej wadze orientacji budynków sakralnych, o podążaniu – „patrzeniu” na modlitwie w jednym kierunku, o potrzebie zwrócenia się ku Bogu i krzyżowi podczas Mszy Świętej – wszystkie te zagadnienia szeroko omawiał prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wielu jego – obecnego papieża – współpracowników czy po prostu ludzi pióra tyle razy, że cytując ponownie ich słowa, można by wyjść na nudziarza. Smutkiem jedynie napawa fakt, że mimo całej masy argumentów za „modlitwą w jednym kierunku” znaczna spora kleru i świeckich uważa takową za sprzeniewierzenie się soborowi i cofanie się wstecz, mimo że, jak już wspomniałem, żaden dokument soborowy nawet nie zająknął się o odwróceniu się kapłana przodem do ludu, a tyłem do Pana Jezusa obecnego w tabernakulum. Może pan Jacek zechce choć wyjaśnić, dlaczego wraz z nową mszą zniknął z ołtarza krzyż (zwany nie bez kozery ołtarzowym) i stanął na wysokiej nodze obok ołtarza – najczęstszy widok we współczesnych świątyniach (?).

VIII. Nie zeznawaj fałszywie…

Wybaczamy Panu Redaktorowi nieopatrzne i nieprawdziwe sformułowanie o tym, jakoby Bractwo Kapłańskie św. Piusa X nie uznawało Soboru Watykańskiego II i zalecamy poszerzyć wiedzę na temat tego zagadnienia. Jak wiadomo Arcybiskup Marcel własnoręcznie podpisał się nawet pod Konstytucją o liturgii, a dekrety Vaticanum II odnoszące się życia zakonnego jako przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Ducha Świętego, skrupulatnie wprowadzał w życie zaraz po ich opublikowaniu. Owszem, w czasie prac soborowych miał wiele zastrzeżeń, które na bieżąco zgłaszał – odnośnie choćby projektów związanych z nowym rozumieniem godności ludzkiej czy wolności religijnej, ale przecież nie tylko on wątpił w „ożywczą” moc Watykańskiego II.  Wspomnijmy tylko o jednym działaczu soborowym, którego trudno posądzić o jakiekolwiek ciągoty tradycjonalistyczne – słynnym dominikaninie o. Yves Congar, który w biuletynie Etudes et Documents z 15 czerwca 1965 roku napisał:
„To co jest w tym [soborowym] nauczaniu nowym w stosunku do doktryny Leona XIII czy nawet Piusa XII, jakkolwiek tendencje zmierzające w tym kierunku były już wówczas odczuwalne, jest określenie podstawy dla owej wolności, podstawy której doszukuje się już nie w obiektywnej prawdzie moralnej czy dobru religijnym, lecz w ontologicznej wartości osoby ludzkiej. Wolność religijna nie jest więc już rozpatrywana w odniesieniu do Boga, ale w odniesieniu do człowieka! Światopogląd jak najbardziej liberalny.”
Wypowiedzi osób zatrwożonych stanem Kościoła po obiecanej przez soborowych entuzjastów „wiośnie”, „nowym przebudzeniu”, „nowej Pięćdziesiątnicy” można by mnożyć. Pozwolę sobie również oddać głos przywoływanemu przez pana Dziedzinę jezuicie H. de Lubac – zdeklarowanego progresistę, którego, zdaje się, progresizm posoborowy mocno zatrwożył:
„Jest rzeczą jasną, że Kościół stoi dziś wobec poważnego kryzysu. Pod nazwą ‘nowego Kościoła’, ‘Kościoła posoborowego’ próbuje obecnie utrwalić swoje istnienie Kościół odmienny od Kościoła Chrystusowego: zagrożone od wewnątrz apostazją, antropocentryczne społeczeństwo, które pozwala, by ogarnął je i uniósł ze sobą ruch powszechnej rezygnacji pod pretekstem odnowy, ekumenizmu lub przystosowania.” 
W innym miejscu ten sam postępowy zakonnik mówi:
„Pewien nurt parasoborowy narzucił się opinii jako jedynie słuszna interpretacja ducha soborowego; reakcja na wczorajsze nadużycia czyniła ślepym na liczne dobra w Kościele; otwarcie na świat z myślą o ewangelizacji zamieniło się w banalne, a niekiedy skandaliczne zeświecczenie; liczni księża i zakonnicy, tracąc świadomość swojej tożsamości, tracili też świadomość swojej misji (...); wzgardzono Tradycją, którą Sobór wychwalał”.
„Sobór jest zdradzany: zarówno w duchu, jak i w literze. To, co dzieje się aktualnie w Kościele, we Francji, i co pociąga nawet (w zaślepieniu) niektórych biskupów i przełożonych, jest przeciwieństwem tego, co proponował Sobór. W czasie, gdy biskupi byli zgromadzeni w Rzymie wokół papieża, w czasie, gdy wypracowywane były wielkie teksty soborowe, organizowały się ugrupowania o podobnych zamierzeniach. Konstytuowała się partia, a po niej całe ożywienie okołosoborowe. Jak zawsze w podobnych wypadkach, większość z tych, którzy wciągnięci zostali w to poruszenie, nie widziała albo słabo widziała, dokąd ich prowadzono. Jednak zdecydowane umysły wiedziały, czego chcą – radykalnej ‘przemiany’, to znaczy sekularyzacji Kościoła, apostazji, bo takie jest jej prawdziwe imię. To właśnie apostazja kryje się pod kolejnymi blichtrami ‘ducha Soboru’, ‘sekularyzacji’, ‘pluralizmu’ itd. W miarę upływu lat hipokryzja ustępuje cynizmowi, a i tak są jeszcze oczy, które nie chcą widzieć”. 
Ciekaw jestem, czy autor artykułu „Przeciąg w Kościele” podobnie myśli o roli przeciągu?:
„Odnosimy wrażenie – mówi Paweł VI – że przez jakąś szczelinę, wdarł się do Kościoła Bożego swąd (dym) szatana. Jest nim zwątpienie, niepewność, zakwestionowanie, niepokój, niezadowolenie, roztrząsanie. Brak zaufania do Kościoła. Natomiast darzy się zaufaniem pierwszego lepszego świeckiego ‘proroka’ wypowiadającego się przy pomocy prasy lub przemawiającego w jakimkolwiek ruchu społecznym i żąda się od niego formułek dla prawdziwego życia! Nie myśli się przy tym, że my te formuły już posiadamy!” 
Kardynał Virgilio Noe, mistrz ceremonii liturgicznych za pontyfikatu Pawła VI tłumaczy powyższe słowa następująco:
„Papież Montini do szatana klasyfikował owych kapłanów, biskupów i kardynałów, którzy nie czcili Pana poprzez złe sprawowanie Mszy Świętej – wskutek błędnej interpretacji i błędnego zastosowania wytycznych Vaticanum II. Mówił o dymie szatana, ponieważ uważał, iż księża, którzy w imię kreatywności oszpecali Mszę Świętą, byli w rzeczywistości opętani przez próżność i pychę Nieprzyjaciela. Dym szatana nie był więc niczym innym jak mentalnością, która chciała przeinaczyć tradycyjne kanony liturgiczne w sprawowaniu Eucharystii.” 
Pięćdziesiąt lat później:
„Rozkład kościelnej dyscypliny zniweczył reformy Soboru Watykańskiego II – oświadczył kard. Burke, przewodniczący Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej. – Oczekiwane przez ojców soborowych zmiany życia kościelnego zostały zahamowane, jeśli nie zdradzone. Entuzjazm towarzyszący Soborowi, nakierowany na założenie nowego Kościoła, który uczy wolności i miłości, przyczynił się do postawy obojętności dla kościelnej dyscypliny, jeśli nie wręcz dla świętości w ogóle – dodał.” 
Cytować dalej?

Między Bractwem a Rzymem

Nie specjalnie wczuwałem się w rozmowy Bractwa z delegatami Kurii rzymskiej, bo dużo tego było, ale intuicja podpowiada mi, że gdyby żył Lefebvr i zasiadł do stołu z Benedyktem XVI – dogadaliby się w pół godziny. Znamienne wszak były słowa świętego schizmatyka podczas pierwszej wizyty u Jana Pawła II: „Jestem gotów zaakceptować sobór w świetle Tradycji”. Czy nie inaczej poleca odczytywać sobór Ojciec święty? Czyż nie mówi o hermeneutyce ciągłości?
Miarą katolickiego dziennikarstwa jest uczciwość i rzetelność w przekazywaniu opinii publicznej informacji o takim czy innym stanie rzeczy. panu Jackowi Dziedzinie tej miary zabrakło.
Tak się szczęśliwie składa, że dzień przed ukazaniem się artykułu Redaktora „Gościa” Radio Watykańskie doniosło, że rozmowy między Rzymem a Bractwem nie utknęły w martwym punkcie i chyba tylko ci, którzy źle życzą tym ostatnim twierdzą inaczej. Oto pełna treść depeszy przedstawiająca aktualny stan rozmów: 
„Lefebryści powiadomili Watykan w swym ostatnim liście z 6 września, że potrzebują jeszcze więcej czasu na refleksję, by przygotować odpowiedź na najnowsze inicjatywy Stolicy Apostolskiej. Informuje o tym prowadząca z nimi dialog Papieska Komisja Ecclesia Dei. ‘Po 30 latach separacji zrozumiałe jest, że trzeba czasu, by przyswoić sobie znaczenie tych ostatnich posunięć’ – stwierdza ona w opublikowanym dziś oświadczeniu. Przypomina, że aktualny stan dyskusji Stolicy Apostolskiej z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X osiągnięto po trzech latach rozmów doktrynalnych i teologicznych prowadzonych przez wspólną komisję. Spotkała się ona osiem razy, podejmując m.in. kwestie interpretacji niektórych dokumentów Soboru Watykańskiego II. Po zakończeniu tej fazy dialogu ‘można było skupić się bliżej na wielkim pragnieniu pojednania Bractwa ze Stolicą Piotrową – stwierdza Komisja Ecclesia Dei. – Dalsze decydujące kroki w tym pozytywnym procesie stopniowej reintegracji Stolica Święta podjęła przed pięciu laty, rozszerzając na cały Kościół możliwość sprawowania liturgii według rytu przedsoborowego, i przed trzema laty, zdejmując ekskomuniki z hierarchów konsekrowanych przez arcybiskupa Lefebvre’a. Zasadniczym momentem tej niełatwej drogi było przekazanie Bractwu w czerwcu b.r. ‘deklaracji doktrynalnej wraz z propozycją normalizacji jego statusu kanonicznego w Kościele. Obecnie Stolica Apostolska czeka na oficjalną odpowiedź przełożonych Bractwa na oba dokumenty’. Papieska Komisja Ecclesia Dei podkreśla wysiłki Ojca Świętego na rzecz jedności Kościoła i tak długo oczekiwanego pojednania lefebrystów ze Stolicą Piotrową. Na koniec stwierdza: ‘Trzeba mieć cierpliwość, spokój, wytrwałość i zaufanie’”.  Czego Panu Jackowi i sobie życzę.

Komu to przeszkadza?

Od dnia gdy obecny papież przybliżył członków Bractwa do pełnego pojednania z Rzymem nie cichnie – także w poczytnych pismach katolickich (!) – krytyka tzw. lefebrystów (nie lubię tego słowa, podobnie jak „tradycjonalistów”). Z uwagą śledzi się każde wypowiedziane przez nich słowo, które natychmiast urasta do rangi bluźnierstwa przeciw świętej wierze. Nie zauważa się żadnego dobra, jakie niesie ze sobą istnienie Bractwa św. Piusa X,  nie docenia się dobrodusznego gestu Namiestnika Chrystusowego, pragnącego doprowadzać do pełnej jedności Kościoła w jego łonie. Zamiast tego ochoczo wyrywa się z kontekstu słowa któregoś z przedstawicieli Bractwa, czyha się na najmniejsze potknięcie, aby czym prędzej dać na piśmie upust swojej niechęci do tych, którym Kościół zawdzięcza nieprzerwaną celebrację Mszy odprawianej według Mszału bł. Jana XXIII, a którą przed pięciu laty Ojciec święty wspaniałomyślnie powierzył na nowo całemu Kościołowi.
Szkoda, że autor tekstu tak wybiórczo cytuje tych i tylko tych, którzy odpowiadają jego intelektualnym zapotrzebowaniom. Kolejne akapity „Przeciągu” zdają się dawać wyczerpującą odpowiedź komu i co w „lefebrystach” przeszkadza… 

Msza czy dokumenty soborowe lekarstwem?

Pan Dziedzina twierdzi, że lepszym od „mszy trydenckiej” lekarstwem na bolączki współczesnego Kościoła jest wzięcie do ręki dokumentów Watykańskiego II i wprowadzenie ich w życie. Nie wiem, w jakiej roli stawia się Redaktor „Gościa Niedzielnego”, ale zdaje się, że jest to dość niebezpieczna gra. Bo, czy najwznioślejszy dokument kościelny może być więcej wart niż nawet msza posoborowa, na prędce odprawiona? Żadną miarą!
Podobnie, jak „lefebrysta” jest sztucznym i niechlujnym terminem na określenie członka Bractwa św. Piusa X, tak samo „msza trydencka” – termin nieprzystający do rzeczywistości. Gwoli ścisłości – nie istnieje coś takiego jak „msza trydencka”, chyba że poprzedzimy ją skrótem „tzw.” lub „popularnie zwana”, ponieważ sposób celebracji tej Mszy nie został stworzony (ułożony) na Soborze Trydenckim, ale został uporządkowany – skodyfikowany przez św. Piusa V siedem lat po zakończeniu obrad (1570 r.). Msza, w jej różnych odmianach istniała „po całym katolickim świecie” od zarania dziejów, a łacina, której Pan Redaktor również zdaje się nie trawić, obecna jest w liturgii Kościoła od co najmniej IV wieku (od II w. mieliśmy grekę), więc z tym prawem do modlitwy liturgicznej w językach narodowych to trochę za mocno się Pan rozpędził. Dodatkowo zmartwię Pana, literalne rozumienie tekstów wypowiadanych na Mszy nie dokonało, jak dotąd (po 40. latach narodowych mszy) cudu zwanego szumnie „świadomym uczestnictwem wiernych w obrzędach”. Jeśli Pan nie wierzy, proszę w najbliższą niedzielę zerknąć kątem oka na współtowarzyszy parafialnej sumy. Przeżywam ogromny smutek patrząc na te wyrazy twarzy – zwłaszcza po „podniesieniu” – niezmącone żadną pobożną myślą. Boże, uchowaj takiego „aggiornamento”.
Albo Jacek Dziedzina błądzi, dyskredytując Mszę Świętą sprawowaną według Mszału bł. Jana XXIII albo pobłądził Benedykt XVI z jego „lefebrystami”. Ci ostatni sprawowali liturgię naszych ojców nieprzerwanie, a Ojciec święty udostępnił ją całemu katolickiemu światu. Trudno nie odnieść wrażenia, że Redaktor „Gościa”, ma mu to za złe.
Nadziwić się nie mogę, że bez końca obwinia Pan „Bractwo” za ich przywiązanie do prastarej liturgii, z łaciną i kapłanem zwróconym razem z wiernymi ad Dominum. Mam nadzieję, że ma Pan świadomość, że odrzucając łacinę (której, powtarzam do znudzenia, nie wyeliminował z liturgii żaden zapis soborowy!), odrzuca Pan również chorał gregoriański, określany przez Magisterium od co najmniej wieku „pierwszym i właściwym śpiewem liturgii rzymskiej”. Jeśli z tymi wszystkimi „niecnymi” rzeczami każe Pan kojarzyć czytelnikowi „lefebrystów” to jednym tchem powinien Pan wymienić obok nich: Bractwo Kapłańskie św. Piotra, Instytut Dobrego Pasterza i jeszcze kilka innych pełnoprawnych stowarzyszeń kościelnych, które szerzą „przedsoborowe zwyczaje”.

Uwspółcześnienie – a co to takiego?

Odnoszę przepastliwie smutne wrażenie, że poziom intelektualny i duchowy niektórych katolików obniżył się do tego stopnia, że nie są oni w stanie zrozumieć wyższych wartości swego kulturowego dziedzictwa. Pamiętajmy jednak, że progresywizm (idea Kościoła podążającego za duchem czasów) jest niebezpieczną iluzją. Ideologia ta jest źródłem bezpodstawnego i bezkrytycznego entuzjazmu dla każdej nowości, jak również optymizmu, który zaślepia na zagrożenia epoki obecnej. 
Wyznawcy progresywizmu są istnymi grabarzami wszelkiego potencjalnego postępu. Przez bunt przeciwko tradycji, przez przekonanie o własnej wyższości wobec przodków, przez oczekiwanie, że postęp będzie następować automatycznie zrzekają się oni pożytku, o jakim mówi Bernard z Chartres. Nie chcą stanąć na barkach tytanów, raczej bezowocnie stoją na własnych nogach w złudnym przekonaniu, że mogą wiedzieć więcej od tytanów, ponieważ automatyczny postęp historii ich samych uczynił tytanami. 
Postępowcy zastępują ciągłość nieciągłością i sprawiają, że postęp, który polega właśnie na zmierzaniu w stronę niezmiennego celu, jest niemożliwy. W swym utożsamianiu zmiany jako takiej z żywotnością zapomnieli oni o sentencji Platona:
„Wszelka zmiana, w czymkolwiek by zachodziła, jest zawsze, wyjąwszy przypadki, gdy mamy do czynienia z czymś złym, rzeczą ogromnie niebezpieczną.”  
Zasadniczą cechą prawdziwego Kościoła jest to, że w odróżnieniu od czysto ludzkich instytucji i wspólnot pozostaje on zawsze jeden i ten sam pod względem wiary, której strzeże. Tożsamość Kościoła katakumb z Kościołem Soboru Nicejskiego, Kościoła Soboru Trydenckiego z Kościołem obu Soborów Watykańskich świadczy o tym, iż jest on instytucją Boską. Kościół jutra, który miałby zastąpić Kościół dnia wczorajszego, byłby sprzeczny z samą naturą Kościoła. Ten, kogo idea Kościoła zmieniającego się porusza bardziej niż wspaniała tożsamość i stałość Kościoła, utracił sensus supranaturalis  i pokazuje, że nie kocha już Kościoła. 
I na deser jedna z moich ulubionych sentencji autorstwa Odo Casela OSB, przedstawiciela drugiego nurtu (fazy) ruchu liturgicznego – tak, tego samego, który zdaniem postępowych liturgistów położył podwaliny pod odnowę liturgiczną w obecnym kształcie (sic!):
„Kościół nie jest Kościołem dnia wczorajszego, który musiałby w nieustannej zmianie ciągle szukać czegoś nowego i to nowe oferować – Kościół posiada skarby, które nigdy się nie starzeją. Dlatego ceni sobie Tradycję. Ludzie, zachowujący się jak owady - 'jednodniówki' często nie umieją uszanować tego, co stare – Kościół może poczekać. Nadejdą inne pokolenia, które podziękują mu za jego konserwatyzm.” 
                                                                                                          
Lefebrysta – modernista

Pewnie nie w głowie autorowi artykułu pochylać się nad prawdą o życiu i myśli delegata papieskiego na ówczesną Afrykę Francuską i nad jego zasługami dla Kościoła, nie mniej jednak zachęcam. O wielu ciekawych faktach wyczyta Pan z biografii napisanej ręką jednego z jego najbliższych współpracowników, bpa Bernarda Tissiera de Mallerais’a. Być może zrozumie Pan, w jak trudnych warunkach podejmował decyzję o pamiętnych święceniach biskupich, być może pojmie Pan starą kanoniczną zasadę o „wyższej konieczności”, którą kierował się świątobliwy Pasterz Dakaru stając w obronie tradycyjnego, niezmiennego nauczania Kościoła.
Ze wspomnianej pozycji („Marcel Lefebvr. Życie”, Dębogóra 2010) dowie się Pan jak bardzo na swoje czasy postępowym i otwartym na reformy w Kościele był Arcybiskup. Sprzyjał na przykład tzw. afrykanizacji liturgii, zwłaszcza w zastępowaniu melodii europejskich muzyką lokalną. Godził się na taniec religijny podczas uroczyści odbywanych na powietrzu lub przemarszów. Zabiegał, aby to miejscowi artyści dokonywali wystroju kościołów w zakresie malarstwa i rzeźby.
Z chwilą zakomunikowania światu przez papieża Jana XXIII (25 stycznia 1959 r.) zwołania soboru, wszyscy biskupi otrzymali ankiety dotyczące prac soborowych. Ówczesny arcybiskup Dakaru w odpowiedzi na list z 18 czerwca 1959 r. wysłany przez kardynała Tardiniego, przedstawił swoje propozycje, które były odzwierciedleniem jego trosk duszpasterskich. Arcybiskup Lefebvr zalecał uproszczenie procedury o stwierdzenie nieważności małżeństwa, uproszczenie przepisów o beneficjach kościelnych i kar kanonicznych. Postulował rozszerzenie prawa do słuchania spowiedzi oraz opowiadał się za zwiększeniem możliwości sprawowania Mszy Świętej wieczorem. Rozważał możliwość powszechnego noszenia przez księży samych koszul z koloratką i wpiętym w klapę marynarki krzyżykiem, sugerował dostosowanie obrzędów chrztu do potrzeb katechumenów. Przedłożone propozycje pozostawały w harmonii z duszpasterską śmiałością, praktycznym zmysłem i apostolska troską. Należy zaznaczyć, że Arcybiskup był życzliwie nastawiony do unowocześnienia metod działania, w sensie jak najlepszego dostosowania kościelnych środków i struktur do celów misyjnych.
Nie wszystkim wiadomo, że M. Lefebvr popierał zmiany w liturgii. Przychylnie odniósł się do tzw. „mszy rytu z 1965 roku”, która w pierwszej części przewidywała użycie języka narodowego i dopuszczała koncelebrę, którą arcybiskup niejednokrotnie praktykował.

Dlaczego Sobór Watykański II nie potępił komunizmu?

Pytania można by mnożyć. Może w ramach wychwalania soboru zechciałbym Pan w którymś z numerów „Gościa” rozwikłać powyższy problem? Swoją drogą mam nadzieję, że za postawienie powyższego pytania nie zaliczy mnie Pan do grona tych, którzy odrzucają sobór.
 Sugerowanie, jakoby przed Vaticanum II nie było solidnych studiów biblijnych, nie nauczano na podstawie Pisma Świętego i tekstów Ojców Kościoła jest poważnym nadużyciem i świadczy albo o braku elementarnej wiedzy albo o zwykłej niechęci do tego, co minione, mimo że sprawdzone i uświęcone wiekami tradycji i potwierdzone wychowanymi przez Kościół zastępami Świętych Pańskich.
Zapewniam Pana, że misjonarze ery nowożytnej przysłużyli się dla zbawienia dusz ludzkich bardziej niż nie jeden współczesny, który często prowadzi raczej działalność humanitarną (z całym dla niej szacunkiem), zamiast przyprowadzać zagubione owce do Boga.

Ekumenizm 

Dlaczego „lefebryści” nie godzą się na ekumenizm w nowoczesnym wydaniu? Ponieważ jest on zdecydowanie odmienny od tego, czego nauczył się w rzymskim seminarium Marcel Lefebvr, więcej – jest on inny od ekumenizmu Leona XIII, Piusa X , Piusa XI czy Piusa XII.
Współczesny ekumenizm błędnie rozumiany jest jako budowa nowego Kościoła i niestety to najczęściej postępowi katolicy skłonni są zrezygnować ze swoich przekonań (a nie ich rozmówcy) na rzecz pokoju międzywyznaniowego i wirtualnego „dobra wspólnego”. Nie słyszałem dotychczas o żadnej oznace (sygnale) czy wyciągniętej ręce przedstawiciela innej religii, który przyszedłby do katolików paktować w sprawach religijnych, rezygnując z własnych przekonań.
Mimo całej niejasnej polityki ekumenistów doby posoborowej musimy pamiętać, że chcąc osiągnąć jedność, nie możemy iść na żadne kompromisy, które groziłyby odstąpieniem choćby na jotę od depositum catholicae fidei.  
Niebezpieczeństwa związane ze źle pojmowanym ekumenizmem opisał w swej encyklice Ecclesiam Suam z 6 sierpnia 1964 r. papież Paweł VI. Znakiem tego wiadome mu były soborowe zapędy tych, którzy chcieli zniweczyć naukę Chrystusową poprzez umniejszenie roli Jego ziemskiego Namiestnika, eliminację prymatu i sukcesji apostolskiej.
Nie rozumiem, dlaczego mamy mieć „szczególny stosunek do judaizmu”, zamiast zgodnie z zaleceniem Zbawiciela czynić z jego wyznawców uczniów Pańskich? Czyż nie przejawem miłości chrześcijańskiej jest troska o wieczne zbawienie innowierców?
Czytając przywołane przez Pana słowa biskupa Rysia, nie mogę pozbyć się z myśli o ich podobieństwie do tez artykułowanych na wiele lat przed soborem przez o. de Lubeca, który rozpisywał się o „tysiącu bezimiennych formach łaski Chrystusowej”. W jednym i drugim przypadku mamy do czynienia z podważaniem dogmatu extra Ecclesiam nulla salus prowadzącego do osłabienia działalności misyjnej Kościoła. 
Wielu teologów, duszpasterzy, a nawet misjonarzy reprezentuje pogląd, jakoby nawrócenie pojedynczego człowieka na katolicyzm nie było ich prawdziwym zadaniem, jest nim natomiast połączenie się z Kościołem katolickim jakiejś religijnej wspólnoty jako całości, przy czym nie musi ona zmieniać swojej wiary. Jest to jakoby celem prawdziwego ekumenizmu. Pojedynczemu protestantowi, muzułmaninowi lub hindusowi, który chciałby dokonać konwersji w prawdziwym sensie tego słowa, należy ponoć powiedzieć: stań się lepszym protestantem, lepszym muzułmaninem, lepszym hindusem. Czy ci teologowie (dziennikarze), księża i misjonarze nigdy nie czytali Ewangelii? A może zapomnieli, iż Chrystus przed Wniebowstąpieniem powiedział: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony (Mk 16,15-16).” 
W jednym z numerów Itiněraires” M. Levebvr pisał o „nowym Magisterium, którym stała się opinia publiczna.”  Śledząc wypowiedzi Pana Redaktora odnoszę smutne wrażenie, że pragnie on być współtwórcą i nośnikiem owego „nowego Magisterium”.

Wolny wybór

 Dywagując na temat wolności człowieka i jego wolnej woli w wyborze tej czy innej religii Pan Dziedzina konkluduje, że „dopiero uznanie, że mam do czynienia z wolnym człowiekiem, daje mi prawo głosić mu Ewangelię, którą może przyjąć”. Eureka! Cóż za wspaniałe filozoficzne i antropocentryczne odkrycie! Pytam więc: co w takim razie z ewangelicznym przepowiadaniem o Chrystusie, nastawaniu „w porę i nie w porę” (2 Tm 4,2)? Co z nakazem Mistrza o nawracaniu wszystkich narodów, udzielaniu chrztu? Co z Pawłowym „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” (1 Kor 9,16); co z pochwałą Izajasza: „O jak są pełne wdzięku na górach nogi zwiastuna radosnej nowiny”! (Iz 52,7). 
Nie kojarzę, aby w kontekście któregokolwiek ze wskazanych tekstów afirmowano ludzką wolność i od niej uzależniano owoce ewangelizacji! 
Ponownie muszę powołać się na słowa o. Congara i ze smutkiem stwierdzić, że Panu Redaktorowi udziela się mentalność liberalna, według której podstaw godności należy doszukiwać się już nie w obiektywnej prawdzie moralnej czy dobru religijnym, lecz w ontologicznej wartości osoby ludzkiej. Pan Dziedzina nie rozpatruje wolności religijnej w odniesieniu do Boga, ale w odniesieniu do człowieka. Światopogląd jak najbardziej liberalny!
A teraz grzeczniej:
Jakże mogę kogoś kochać i nie pragnąć, by poznał Jezusa Chrystusa, Syna Bożego jednorodzonego i Epifanię Boga, aby nie został pociągnięty do Jego światłości, by wierzył w Niego i kochał Go, ba, by wiedział, że jest przez Niego kochany? Jakże mogę kochać bliźniego, nie życząc mu największego szczęścia – uszczęśliwiającego spotkania z Jezusem Chrystusem już na ziemi? Jak mógłbym zadowolić się tym, iż nieskończone miłosierdzie Boże, być może, mimo błędnej wiary lub niewiary danego człowieka wykluczyłoby go ze szczęśliwości wiecznej? 
Pierwszym i najważniejszym zadaniem Kościoła jest doprowadzanie ludzi do zbawienia. Należy szanować ludzką wolność, ale nie można od niej uzależniać przepowiadania.  

Sobór postępowy

Ma Pan rację, sobór nie wywołał kryzysu, on go pogłębił. Ponadto, jeśli zdaniem Pana Redaktora Watykański II był soborem konserwatywnym, to gratuluję ułańskiej fantazji. Owszem, mogła go tak odczytać mała, acz wpływowa grupa modernistów – progresistów, którzy za wszelką cenę chcieli zbliżenia do protestantyzmu i wywrócenia łodzi Piotrowej. Szerzej o ścieraniu się dwóch prądów na soborze wyczyta Pan w zupełnie bezstronnej publikacji o. Ralpha M. Wiltgena, „Ren wpada do Tybru. Historia Soboru Watykańskiego II, W-wa 2001.
Tytuł książki zawiera główną myśl autora. Jest nią fakt przymierza krajów nadreńskich (Francji, Niemiec, Belgii oraz Holandii), których liberalni biskupi stopniowo przejmowali kontrolę nad kierunkiem obrad soborowych, począwszy od zdobycia większości przedstawicieli w dziesięciu komisjach Soboru, po odrzucenie schematów, czyli wstępnych projektów dokumentów przygotowanych przed otwarciem Soboru na polecenie Jana XXIII przez Komisję Przygotowawczą.
Z pewnością dla wielu z postępowych uczestników Vaticanum II zapisy soborowe wydawały się „wstecznością”, szyte nie na ich miarę, ale twierdzić, że z tego powodu „moderniści” opuszczali stan kapłański to istny absurd. Nie rozumiem ponadto, dlaczego takowe odejścia, zdaniem autora artykułu, powinny dać „lefebrystom” do myślenia.
W samych Stanach Zjednoczonych jednym z owoców „konserwatywnego” soboru, było zrzucenie habitu przez jakieś 130 tys. zakonnic. I stało się to bynajmniej nie dlatego, że sobór był nazbyt konserwatywny, ale dlatego, że w dyscyplinie, wierze i moralności katolickiej mocno odpuszczono. Po co więc wyrzekać się siebie w zakonach, w kapłaństwie, skoro nie długo po soborze życie wymienionych stanów w wielu krajach nie wiele różniło się od życia świeckiego. Pewnie przeoczył Pan informację o tym, że obecnie we wspomnianych Stanach po chorej odwilży związanej z mitycznym „duchem soboru” największym wzięciem wśród młodych cieszą się zakony, które powróciły do porzuconego po soborze (na fali „nowej wiosny” i „odnowy”) charyzmatu wytyczonego im przez ich założycieli i które wracają do sprawdzonych, tradycyjnych form modlitwy, a także, o co od wielu lat niezmiernie trudno, do stroju zakonnego – habitu.
Pisze Pan, że przedstawiciele Bractwa „postanowili trwać w oporze wobec Rzymu”. Do obecnego – faktycznego stanu rozmów następców M. Lefebvra z Rzymem nie będę wracał, pisałem o tym sporo akapitów wcześniej. Pozwolę sobie jedynie naprzeciw tej kolejnej Pana nieuczciwej tezie postawić słowa założyciela Bractwa, z nadzieją, że w niedalekiej przyszłości podejmie Pan wysiłek zagłębienia się w którąś z jego prac, wyłączywszy na czas lektury niechętne nastawienie do osoby onegdaj delegata papieskiego, który „potwierdził, iż całym sercem i duszą należy do katolickiego Rzymu, Strażniczki wiary katolickiej i koniecznych dla zachowania tej wiary tradycji, do Rzymu, który jest nauczycielką prawdy i mądrości.” 

***

Nie wolno podcinać gałęzi Tradycji, z której wyrosło chrześcijaństwo. Nie mówi się źle o własnych korzeniach, podobnie nie należy dyskredytować form liturgicznych, które budowały religijność i pobożność minionych pokoleń, choćby te formy były obecne również u „lefebrystów”. Miarą tożsamości katolickiej jest szacunek do przechowywanych przez wieki bogactw, które zrodziła wiara i modlitwa Kościoła.
„Naród, który nie dba o swoją przeszłość, nie zasługuje na przyszłość”. Słowa Prymasa Tysiąclecia w kontekście troski Kościoła i Jego Widzialnej Głowy o skarby duchowe, nieprzemijające, wypływające z liturgii, nabierają szczególnego znaczenia. 
Niepokojąco brzmią próby podziału katolików na „lefebrystów”, „tradycjonalistów” i tych pozostałych, wiernych „duchowi soboru”. Intencją Ojca Świętego zdejmującego ekskomunikę z „Bractwa”, przywracającego do łask Mszę sprawowaną według Mszału bł. Jana XXIII z 1962 r. jest dążenie do pojednania wewnątrz Kościoła a nie tworzenie kolejnego rozbioru w Jego łonie. Wyjścia naprzeciw temu pragnieniu w duchu miłości i z duszpasterską roztropnością Namiestnik Chrystusowy oczekuje od wszystkich biskupów i kapłanów (redaktorów „Gościa Niedzielnego” nie wyłączając!); rozwiewa przy tym nieuzasadniony lęk, jakoby powrót do dawnych form modlitewnych mógł naruszyć autorytet II Soboru Watykańskiego, który, skądinąd, nie domagał się usunięcia z liturgii śpiewu gregoriańskiego czy łaciny – gwarantującej jedność i powszechność Kościoła oraz będącej „skutecznym lekarstwem przeciw jakimkolwiek skażeniom autentycznej nauki” (Pius XII, Mediator Dei).
Msza Święta skodyfikowana wieki temu przez św. Piusa V potrafi przekazywać poczucie odmienności i powagi tego, co jest czynione w obrzędach. Ma ona tę moc oczarowywania, trudną do zanalizowania, która przyciąga ludzi właśnie dlatego, że nie jest czymś banalnym, jak większość naszej egzystencji. W niej mamy natchnienie dla niezliczonej rzeszy artystów: architektów, malarzy, muzyków, kompozytorów, poetów; mamy – mówiąc wprost – wyraz wiary, która stworzyła całą zachodnią cywilizację i kulturę. 
Nie miejmy za złe „lefebrystom”, że, nie ulegając modzie, w naczyniach glinianych przechowują skarby Kościoła , słusznie przekonani o tym, że ani mól, ani rdza ich nie zniszczą. Gdzie bowiem jest twój skarb, tam będzie i serce . 







sobota, 8 września 2012

O tym, jak wiejskie dzieci stuletnią kapliczkę miejską odnowiły


mały Polak potrafi

gruntowne gruntowanie ręką pięciolatka czynione 
(mały Polak potrafi!)
Działo się to w trzeciej dekadzie sierpnia Roku Pańskiego 2012 na granicy wsi Kostrym Gajem niegdyś zwanej i miastem stołecznym, książęcym - Płockiem. Dwójka niedomorosłych mieszkańców tegoż Gaju za przewodem ich zbożnego opiekuna w liczbie jednego udała się pieszo we wszelki sprzęt dla renowacyj niezbędny wyposażona, celem odnowienia poszarzałej i wiekiem czasu podniszczonej kapliczki przydrożnej, jakich wiele w naszem kraju przy każdym znaczniejszym zagonie stoi za boskim i kościelnym przyzwoleniem ozdabiając polską ziemię od morza do samiuśkich Tater. Wyrosły one nie z nijakiej innej przyczyny tylko tej, której pobożność na imię, a przez umiłowanie Panienki Najświętszej i Serca Jej Najdroższego Syna a naszego Pana Jezusa Chrystusa się uwidacznia.
    Renowacyję wykonano w dwóch doskokach: pierwszy był czyszczeniem kamienia szczotką ryżaną z mchu i brudu, niezwłocznie po nim nałożono pędzlem malarskim dobrą warstwę gruntu malarskiego, aby za dwa dni położona farba w kolorze czystości - anielskiej bieli - trzymać się mogła stuletniego kamienia najmniej do następnego roku, kiedy, jeśli Bóg dać raczy, nastąpi ponowna restauracyja tegoż pomnika wyznającego przed światem świętą wiarę katolików Matkę Bożą szczególnym uczuciem oddania i miłości darzących.
    Na pierwszej linii malarskiego boju stanęło dwóch nie dziesięcioletnich nawet kompanów pod płockiej wsi wyżej pomienionej. W małych rączkach żwawo lśnił mały pędzel raz po raz kołyszący postument Najświętszej Panienki, Matki onych dziatków szczerze sprawie renowacji oddanych. Kilkugodzinny bój w spiekocie dnia całkiem letniego zakończono wspólnym złożeniem rewerencji figurce Boskiej Rodzicielki poprzez pocałunek Jej z gipsu ulanych policzków, którego to pocałunku odwzajemnienia cała trójka ośmiela się oczekiwać w dniu zejścia z tego łez padołu...
...jakoby i Ona - Pani Nieba - przybyć do łoża konających swych dziatków raczyć zechciała
i w godzinie śmierci Salve Regina łaskę zaśpiewać dała…

Odnotował kornie proszący Najjaśniejszą Pannę o zmiłowanie wiejskich dziatków opiekun.