czwartek, 23 czerwca 2011

Lefebryści - rekordziści!

Szanowni Państwo, robi się niebezpiecznie, "szkoła" arcybiskupa Lefebvra wypuściła w tym roku aż jedenastu kapłanów, a francuska Córa Kościoła w ogólności - ponad setkę... To tylko ok. dziesięciokrotnie mniej niż kilka dziesięcioleci wcześniej...
Tak czy siak - w górę serca! [w wolnym tłumaczeniu: sursum corda]

za Radiem Watykańskim...
Francja: rekordowy rok nowych kapłanów
 Francuskie diecezje otrzymają w tym roku rekordową liczbę neoprezbiterów. W sumie zostanie wyświęconych 109 kapłanów, ale jedynie 77 diakonów. Oznacza to, że po roku tłustym znowu przyjdzie rok chudy. Zasadniczo od ponad 30 lat liczba święceń diecezjalnych utrzymuje się w tym kraju na stałym, niskim poziomie, około setki rocznie. Dla porównania przed Soborem było ich około tysiąca, a w roku 1971, kiedy formację seminaryjną kończyło pierwsze posoborowe pokolenie kleryków już tylko 246. Konsekwencją tego utrzymującego się od lat 60. kryzysu jest radykalny spadek liczby kapłanów: z 43 tys. w r. 1948 do 14 tys. obecnie.

W tym roku do niemal połowy francuskich diecezji nie trafi żaden neoprezbiter. Rekordowa jest natomiast diecezja Fréjus-Toulon, która otrzyma 15 nowych kapłanów. Za tym sukcesem kryje się jednak specyficzna strategia tamtejszego ordynariusza. Bp Dominique Rey postawił na nowe wspólnoty i w przeciwieństwie do wielu innych biskupów chętnie przyjmuje je do swojej diecezji. Sam zresztą należy do Wspólnoty Emmanuel. W istocie na 15 neoprezbiterów 11 pochodzi z 6 różnych wspólnot i ruchów.

Osobnym zjawiskiem we francuskim Kościele jest wzrost liczby powołań we wspólnotach sprawujących przedsoborową liturgię. Rekordzistami są tu lefebryści, których święcenia są ważne, choć nie posiadają oni jurysdykcji w Kościele katolickim. W tym roku ich francuska prowincja otrzyma 11 nowych kapłanów. Obok nich we Francji powołaniami cieszą się również instytuty kapłańskie działające oficjalnie w Kościele katolickim na mocy motu proprio Benedykta XVI Summorum Pontificum.

kb/ rv, la croix, liberte politique
za: Bollettino Radio Giornale del 23/06/2011

sobota, 18 czerwca 2011

Wydawnictwo HLONDIANUM jest OK

 Każdy, kto myśli, że będę reklamował wydawnictwo "Hlondianum" lub uprawiał w tym miejscu pozytywną propagandę ma rację, ale tylko połowiczną, bo przede wszystkim pragnę podziękować moim Przyjaciołom z Poznania za trud w przygotowaniu, druku i wydaniu mojej pierwszej w życiu książki ("Z pieśnią wielkopostną przez wieki"), która za sekundę będzie do nabycia, jak i za pomoc w wydaniu płyty "Mękę Bożą spominajmy", wyśpiewaną przez prowadzony przeze mnie zespół "Cantores Jadvigenses".
   Nie bez tłumikowych przygód dotarłem do stolicy Wielkopolski, ale udało się. Ruszamy z ks. Jasiem na starówkę. Jak na czwartkowy wieczór ludu moc, na miejsce przy stolikach rozstawionych na dworze przed lokalami nie ma co liczyć. Schodzimy więc do podziemi i chłodzimy się zimną cieczą. Po godzince wychodzimy, ludu jeszcze więcej. Człowiek nie zna nikogo, a mimo to wyczuwa się inspirującego ducha wspólnoty... i dobrze mi z tym. Wracamy jednak na ul. Panny Marii, do domu Chrystusowców (to ci od kardynała Hlonda), aby do późna raczyć się dysputami teologiczno - liturgicznymi, wszak my kompani z tego samego kursu liturgiki w UKSW. Nie boimy się dyskursu, bo mamy jakąkolwiek wiedzę i wyrobione zdanie na wiele spraw, a dyskurs rozwija. Co więcej umiemy bronić swoich racji. Z wieloma katolikami, także tymi, którzy reprezentują stan duchowny trudno prowadzić rzeczowy, merytoryczny dialog. Wielu z nich w ogóle nie chce rozmawiać o sprawach liturgicznie/teologicznie ważnych i trudnych. A jeśli już przystępują do rozmowy, posługują się wyświechtanymi, zasłyszanymi gdzieś sloganami, czyniąc jakikolwiek dialog niemożliwym do zniesienia, bo od początku skazanym na pyskówkę pozbawioną znamion naukowości. A gdy prosi się ich o rzeczowe odniesienie się do stawianych przez siebie tez, odmawiają wyjaśnień, twierdząc, że ci, którzy słusznie od nich tego oczekują są kłótliwi, a wszelki dialog z awanturnikami jest bezzasadny.
   Porankowy piątek: paciorek, postne śniadanko z zakonnikami i "wizytacja" wśród pracowników "Hlondianum", którzy wielce przysłużyli się temu, aby moje pisemne wypociny ujrzały światło dzienne. I kolejne ciekawe doświadczenie: osoby, z którymi od miesięcy prowadziłem rozmowy za pomocą poczty elektronicznej i dotąd nie poznałem z widzenia, teraz dane mi jest obejrzeć od stóp do głów - piękna sprawa - małe, a cieszy.
   W "Hlondianum" panuje iście rodzinna atmosfera. Od szefa i jego pracowników (w liczbie 25) emanuje spokój i pogoda ducha, choć wszyscy wykonują tu mrówczą robotę, a drukarnia zamyka swoje drzwi dopiero przed g. 22. Czuć wzajemne zrozumienie i poszanowanie. Szefowi zazdroszczę Pracowników, Pracownikom Szefa.
   Zgrzeszyłbym nie informując Czytelników, że Wydawnictwo, prawdopodobnie jako jedyne w Polsce, pomaga Instytutowi "Summorum Pontificum" w rozprowadzaniu reprintu "Wykładu liturgii Kościoła katolickiego" bpa Nowowiejskiego. Ponadto, jak donosi Grześ Duszyński (muzyk i teolog w jednym) "najważniejszym celem [dla HLONDIANUM] jest żywa parafia, nowoczesne duszpasterstwo oraz piękna świątynia! Stąd wśród naszych produktów są opracowywane każdego roku na nowo 'Modlitwy powszechne', kalendarze, zbiory kazań i pomocy dla dzieci na poszczególne okresy roku liturgicznego, wiele druków niezbędnych w biurze parafialnym i w życiu duszpasterskim, pomoce dla służby liturgicznej, wielotematyczne plakaty oraz wielkoformatowe tła i plansze do dekoracji kościołów oraz obrazy drukowane na płótnie malarskim. W ten sposób poprzez słowo pisane i obraz pragniemy włączyć się w działalność misyjną Kościoła, pragniemy ją uatrakcyjnić zgodnie z duchem współczesnych czasów, a jednocześnie nie zapominając o najistotniejszych niezmiennych elementach wiary".
  Ojcze Dyrektorze, drogi Jaśku,
  czcigodne Panie Elwiro, Eluto, drogi Grześku i Wszyscy zacni "Hlondianie" - BÓG WAM WIELKI ZA WSZYSTKO ZAPŁAĆ!

sobota, 11 czerwca 2011

Niepokojące poglądy ks. Nadolskiego

[W domowym archiwum odnalazłem niepublikowaną dotąd recenzję książki autorstwa ks. prof. dr. hab. Bogusława Nadolskiego, mojego pierwszego promotora, wyśmienitego znawcy liturgii, obdarzonego przed kilkoma miesiącami na KUL-u nagrodą im. ks. I. Radziszewskiego. Przed laty z zachwytem spijałem mądrość z ust Księdza Profesora w ramach wykładów dla sekcji liturgiki w UKSW, dziś ośmielam się poddać krytyce jego tezy wyartykułowane w książce wydanej przed 3 laty "Św. Paweł - Wielki Apostoł". Przedstawiam końcowe fragmenty recenzji, którą w całości można odczytać tu]. 
(...)
Pozwolę sobie na ukazanie dyskusyjnych kwestii, nad którymi pochyla się poznański Liturgista, sam poniekąd prowokacyjnie zachęcając do kontynuowania rozmowy nad św. Pawłem.
Wątpliwości budzi niekryty zachwyt Księdza Profesora nad Teilhardem de Chardin /1881-1955/ (przywołanym w związku z analizą Psalmu 95 obecnego w Liturgii Godzin – dzień świętych Apostołów, 29.06), którego nazywa „wspaniałym myślicielem” (s. 27). Przypomnijmy, że u schyłku swego żywota ks. de Chardin otwarcie krytykował największego spośród Ojców Kościoła św. Augustyna, mając mu za złe wprowadzenie porządku nadprzyrodzonego. Odnotujmy również zaledwie dwie uwagi uczonych na temat filozofii słynnego jezuity. W „Le Figaro Littéraire” z 23 września 1965 r. Jean Rostand o pracach Teilharda wypowiedział się następująco: „Dowiodłem, że Teilhard w najmniejszym stopniu nie rozjaśnił wielkiego problemu ewolucji organicznej”. Sir Peter Medawar, laureat nagrody Nobla, mówi o bezładzie umysłowym Teilharda i przesadnej ekspresji, która, jak twierdzi, graniczy z histerią. Podkreśla on, że procedury badawcze „Fenomenu człowieka” nie są naukowe. Sir Peter dodaje, że pracom Teilharda w ogóle brak struktury naukowej, że kompetencje Teilharda w jego dziedzinie są skromne, że nie wie on ani na czym polega argument logiczny, ani na czym polega dowód naukowy i że nie przestrzega norm, jakich wiedza naukowa wymaga.1]
Dyskusyjne jest przywoływanie w początkowo obiecująco brzmiącym tytule czwartego rozdziału („Aby głębiej rozumieć i doświadczać kontaktu ze świętymi”) opinii o kulcie świętych Marcina Lutra, który, jak pisze Autor, występował przeciwko nadużyciom, wręcz magicznemu stosunkowi do kontaktów ze świętymi. Na podstawie „wniosków dowodowych”, które podaje ks. Nadolski, można odnieść wrażenie, że katolicki teolog przychyla się do krytyki zaproponowanej przez twórcę protestantyzmu. „Niepogłębiona znajomość Jezusa Chrystusa, konkluduje, może prowadzić do przeceniania roli świętych (s. 68)”. Pewnie uwaga trafna, ale nie na obecne czasy. Trudno przecież sądzić, aby mizerny kult Świętych Pańskich w XXI wieku[2] stanowił zagrożenie dla chrystocentryzmu. Z drugiej zaś strony nawet stosunek katolików do Pana Jezusa może posiadać znamiona „magiczności”, np. wówczas gdy Zbawiciela traktuje się jak kogoś oddelegowanego do zadań specjalnych, tj. spełniania pobożnych życzeń tych, którzy Go o nie proszą. Ponadto, jak uczy teologia duchowości, żaden święty nie pragnie chwały dla siebie samego, ale zawsze „przekierowuje” ją na Stwórcę i do Niego chce nas prowadzić. Czy odważyłby się ktoś powiedzieć o Matce Bożej, że jest w naszym narodzie nazbyt czczona, że modląc się za Jej cudowną przyczyną odbieramy cześć Chrystusowi? Od niepamiętnych czasów Kościół naucza „Przez Maryję do Chrystusa”. Siła polskiego katolicyzmu tkwi w jego Maryjności i pobożnej czci oddawanej świętym. W końcu – kto, jeśli nie święci doskonale przemienieni w Chrystusie – mają być nauczycielami świętości, do której Bóg nas wzywa!
Wiara, że ci, którzy są na zawsze zjednoczeni z Panem życia w wieczności, którzy w pełni dostępują wizji uszczęśliwiającej, mogą się za nami wstawiać – co więcej, są powołani do tego wstawiennictwa – jest zakorzeniona w głębokiej wspólnocie, jaka istnieje między Kościołem walczącym, cierpiącym i triumfującym. Wspaniałym przejawem niezniszczalnej więzi jedności w Chrystusie oraz więzi chrześcijańskiej miłości, za którą [miłością] sam ks. Nadolski opowiada się pod koniec opracowania, jest to, że możemy zwracać się do świętych i prosić ich o wstawiennictwo. Niewyczerpana miłość, jaką święci obejmowali braci podczas swego życia doczesnego, nie gaśnie w momencie ich śmierci. Taka jest siła tej więzi, która jednoczy ich z braćmi w Chrystusie. Nie możemy w końcu zapominać, że doktryna Kościoła o usprawiedliwieniu kładzie nacisk na możliwość pełnego przemienienia ludzi w Chrystusie, możliwość zostania świętym.[3]

Na tej samej stronie (68) poznański Liturgista stwierdza, iż „święty nie jest wzorem do naśladowania. Jedynym wzorem dla chrześcijanina jest Jezus Chrystus”. Taka wykładnia teologii świętych może poważnie zaniepokoić przeciętnego katolika. Co mamy zatem począć z wiekopomnym dziełem Tomasza á Kempis „O naśladowaniu Maryi”? Co sądzić o świetlanej postaci św. Maksymiliana Marii Kolbego, wielkiego czciciela Matki Bożej (Najświętszej pośród świętych), o której wielokrotnie mawiał „Niepokalana – nasz Wzór (nasz Ideał)”?[4] Słynny konwertyta z anglikanizmu, późniejszy kardynał, a dziś błogosławiony J.H. Newman sumiennie i ze czcią rozważa najwyższy i głęboko katolicki szacunek dla Najświętszej Maryi Panny oraz to zupełnie wyjątkowe miejsce, jakie powinna ona zajmować w życiu religijnym. W tym samym duchu mówi o świętych.[5] Każdy święty, którego osobowość wyraźnie ujawnia jego przemienienie w Chrystusie, który ukazuje jakość świętości z jej nadprzyrodzoną wonią i blaskiem, jest dowodem, że my również, pomimo całej naszej nędzy i grzeszności, możemy osiągnąć całkowite przemienienie w Chrystusie. Święci przez samo swoje istnienie nie tylko nawrócili niezliczoną ilość ludzi, ale skłonili również wielu do zadania wraz ze św. Augustynem pytania: „Jeśli ci mogą osiągnąć świętość, to czemu nie ja?”[6]
Kolejnym trudną do zaakceptowania sentencją ukutą przez ks. Nadolskiego jest poddanie w wątpliwość świętości Kościoła, która zdaniem Autora opracowania „jest niedoskonała, nie w pełni zrealizowana, wciąż oczekiwana (s. 70)”. Pytamy więc za Hildebrandem: czyż mimo grzeszności członków Kościoła, w historii zbrukanej przez ludzką słabość, błędy, niedostatki i grzech – On sam nie pozostaje nieskalany? Czyż cud niezliczonych rzesz świętych, jakich wydał Kościół w toku swej historii, nie odróżnia jego historii od wszelkich innych ludzkich instytucji, i czy nie świadczy o jego boskości? Zasadniczą cechą prawdziwego Kościoła jest właśnie to, że w odróżnieniu od czysto ludzkich instytucji wspólnot pozostaje on zawsze święty, jeden i ten sam pod względem wiary, której strzeże. Tożsamość Kościoła katakumb z Kościołem Soboru Nicejskiego, Kościoła Soboru Trydenckiego z Kościołem obu Soborów Watykańskich świadczy o tym, iż jest on instytucją Boską. Kościół „jutra”, który miałby zastąpić Kościół „dnia wczorajszego”, byłby sprzeczny z samą naturą Kościoła.[7]
W Zakończeniu pracy ks. Nadolski zdaje się kierować do czytelników odezwę, rodzaj duchowego testamentu związanego z właściwą Jego zdaniem formą kultu świętych, których „uczczenie najpełniej i najdoskonalej realizuje się w miłości drugiego człowieka…” (s. 84). Ta dość niespodziewana konkluzja tchnie nutą sentymentalizmu, zważywszy na fakt, że słowo „miłość” [w domyśle – braterska] pojawia się w tekście jeszcze kilkakrotnie i niestety nie wiąże się ani nie wynika z odwiecznej miłości Boga. A przecież to od Niego pochodzi łaska miłowania przyjaciół i tych, którzy nas nienawidzą. Nie czyniąc z miłości Bożej pierwszorzędnego źródła łaski i sposobności do oglądania w jej świetle bliźnich możemy popaść w miłość humanitarną, a stąd już nie daleka droga do wyparcia miłosierdzia i chrześcijańskiej miłości przez filantropię.
Pisząc chwilę dalej, iż „przez chrzest staliśmy się braćmi Jezusa Chrystusa” (s. 84) ks. Bogusław popada w równie niebezpieczną tonację, z której może pobrzmiewać zbyt mocna nuta wyjaskrawiająca człowieczeństwo naszego Pana i Boga ze szkodą dla Jego Bóstwa, a może nawet słychać nieświadomą zachętę uczynienia Tego, który jest Alfą i Omegą, Pierwszym i Ostatnim – przyjacielem z sąsiedztwa, z którym raźniej iść przez życie.
Książkę kończy pełna poezji i wiary w człowieka sentencja o świętych, którzy „ofiarowali swój egoizm Temu, który zawsze może rozwinąć złamane skrzydła i w miłości Boga, w twarzy drugiego człowieka odnaleźć swoje prawdziwe imię – sekret człowieczeństwa: MIŁOŚĆ” (s. 89). Nie zamierzam w tym miejscu cytować znanej wszystkim sentencji Gilberta Keitha Chestertona o sentymentalnym nadużywaniu tego "najwspanialszego z ludzkich słów", zapytam jedynie siebie i księdza Bogusława: czy ta MIŁOŚĆ wszystko nam wybaczy...? Oby.

sobota, 4 czerwca 2011

O TYM, JAK DZIECI PIERWSZOKOMUNIJNE SPROFANOWAŁY NAJŚWIĘTSZY SAKRAMENT

Cuda, jakie działy się na płockich "Wieczorach chwały" to pikuś wobec tego, co potrafią wyczyniać dziewięciolatkowie z Najświętszym Sakramentem. 
żródło
Przedwczoraj, w jednym z płockich kościołów, w ramach "białego tygodnia" (który raczej należałoby nazwać "czarnym") dzieci, które ponoć miały zaszczyt i szczęście po raz pierwszy w życiu przyjąć Chrystusa do swojego serca, postanowiły zabawić się "opłatkiem" i po przyjęciu Komunii wyjmowały Ciało Pańskie z buzi i pokazywały sobie nawzajem. Uczyniło tak kilkoro z nich. Reszta umilała sobie czas innymi wymyślnymi ciekawostkami. Harmider wydawał się sięgać zenitu, aż jeden z koncelebransów porzucił swoje stanowisko w prezbiterium i podbiegł do dzieci, uderzył pięścią w ławkę apelując do licho uformowanych sumień o zachowanie należytego spokoju, jak na powagę miejsca przystało (odwoływanie się do argumentu "przecież przed sekundą przyjęłyście Pana Jezusa do serca!" - mogłoby spalić na panewce).  Na zakończenie Mszy zareagował inny kapłan, który był bezpośrednim świadkiem bluźnierczego potraktowania Hostii przez niektórych osiłków, zapewne chętnie nazywanych przez ich babcie aniołkami. Dobrze, że zareagował, choć należało moim zdaniem dosadniej, nie ociągając się w nazywaniu rzeczy po imieniu. Wikariusz stwierdził, że dzieci, które tak uczyniły, postąpiły bardzo źle i jeśli chcą przyjąć Pana Jezusa do serca ponownie, muszą się wyspowiadać (szkoda, że nie dodał "z czego"; o jakiego rodzaju świętokradztwie dziecina ma opowiedzieć u kratek konfesjonału, ale OK - komunikat zadany). Jeszcze większa szkoda, że w ramach wielomiesięcznych przygotowań na katechezie i przedkomunijnych spotkań w kościele ani katecheci, ani kapłani nie wygłosili, jak mniemam, sensownej nauki o Przenajświętszym Sakramencie. 
Winić dzieci (nieświadome?!) ?
Nie tylko. Mają dopiero 9 lat, ale ich rodzice o co najmniej 20 więcej. Szkoda, że sprawę wychowania do poszanowania elementarnych "świętości naszej wiary" zwalają na katechetki i księży, a ci może myślą, że wiarę w przeistoczenie dzieci powinny wyssać z mlekiem matki. I tak koło się zamyka. Zapewne żadnemu z opiekunów nie przyszło do głowy pouczyć własną "pociechę" o tym, jak należy "obchodzić się" z Ciałem Pana Jezusa, a może to nie Chrystus tylko kawałek opłatka, tyle że okrągły? Jeśli niektóre z milusińskich tak myślą, to jakim cudem ten czy inny "aniołek" znalazł się pośród komunikujących, skoro naczelną zasadą, jaką powinny pojąć te niewdzięczne dzieci Boże jest umiejętność rozumnego rozróżniania między Najświętszą Hostią - Ciałem Chrystusa a opłatkiem, którym przełamują się raz w roku z braciszkiem i siostrzyczką?

Pytania retoryczne 
1. Kto zajmie się reedukacją i nawracaniem rodziców, z których część sterczała całą Mszę przed kościołem, bo pan fotograf właśnie rzucił zdjęciami z uroczystości pierwszokomunijnej?
2. Kto podejmie się reewangelizacji katechetek, które na największą uroczystość ich podopiecznych przychodzą do kościoła w miniówce i nie potrafią uklęknąć przechodząc przed tabernakulum? (Z jakiej więc racji mają potrafić mówić dzieciom o poszanowaniu Najświętszego Sakramentu?)
3. Kto wytłumaczy księżom przygotowującym dzieci do tego najważniejszego po chrzcie dnia w ich życiu, że spotkania z kandydatami do I Komunii Świętej nie służą w pierwszym rzędzie omówieniu technik zachowania się w kościele, sztuki odpowiadania na wezwania celebransa czy sposobu otwierania buzi i "przeżuwania" Ciała Pańskiego? 
OREMUS: BOŻE, UŻYCZ IM WIARY!!!

SKĄD TEN EUCHARYSTYCZNY KRACH? 
(moja ocena sytuacji)
1. Winnego takiemu a nie innemu stanu rzeczy ("bluźnierstwa eucharystyczne") szukałbym w pierwszym rzędzie w tzw. systemie, a precyzując - tym przebrzydłym zardzewiałym, sekularystycznym trendzie, którym przeżarte jest nasze ponoć katolickie społeczeństwo, przyzwyczajone raczej do hucpy niż pobożnego świętowania misteriów wiary. Kiedy na Boże Narodzenie i Wielkanoc zamykają supermarkety - katolicy wykupią co do butelki "monopole" ze stacji benzynowych. Na Pasterce i Rezurekcji z ust rozśpiewanych wiernych wydobywa się odór niedopitej gorzałki, niedojedzonego śledzika z cebulką - czuć na cały kościół. Podobnie luźne klimaty panują przy wielu suto zastawionych stołach, za którymi pierwszokomunijne księżniczki w białych mikro-ślubnych sukienkach i panicze w mini-garniturkach siedzą i przyglądają się, jak ich rodzice rozlewają następną kolejkę. Coraz częściej słyszy się, że na ten dzień wynajmowane są sale bankietowe, orkiestra, wodzirej...wszak każda okazja jest dobra...
2. W ramach posoborowej "odnowy liturgicznej" ktoś bardzo nieroztropny (przepraszam - głupi) wymyślił, że przyjmowanie Komunii Świętej w postawie klęczącej uwłacza ludzkiej godności i w ogóle utrudnia sprawne rozdzielanie (nie cierpię tego słowa) Komunii. Poza tym utrudzony po pachy kapłański stan nie powinien zanadto nadwyrężać stawu kolanowego i biodrowego, który przed laty ciężko pracował, gdy ksiądz rozdawał Pana Jezusa chodząc od prawa do lewa i z powrotem, a wierni w oczekiwaniu na przyjęcie Króla królów i Pana panów, klęcząc przy balustradzie (balaskach) trwali w adoracyjnej ciszy, oczekując Jego przyjścia. 
Dziś widzimy inny smutny obrazek - ksiądz szybko zbiega ze schodów prezbiterium z "puszką" i już jest zniecierpliwiony, bo ludzie ociągają się z podejściem; zajmuje pozycję "constans", a owieczki bez słowa sprzeciwu garną się gęsiego do kolejki, jak po mięso. Biada im, jeśli nie podejdą wystarczająco blisko i narażą kapłańską rękę na szukanie ust gdzieś w oddali. Smutne to, ale czasami odnoszę wrażenie, że ksiądz rozdający Komunię przyjmuje jedną, określoną pozycję ręki i to komunikujący, nie on, ma dostosować się - podejść blisko i "zgarnąć opłatek" nie nadużywając zbytnio służebnego charakteru kapłaństwa.
3. Od zmiany pozycji, w której wierni od stuleci przyjmowali Najświętsze Ciało Chrystusa - z klęczącej na stojącą - bliska już droga do brania Komunii na rękę. A skoro wierny może wziąć w łapę, to ten sam wierny po ekspresowym kursie szafarskim może rozdawać Komunię innym - też na łapę (jesteśmy w końcu "królewskim kapłaństwem"! /1 P2,9/). Za tworzeniem siatki szafarzy (plagi coraz bardziej zalewającej nasz kraj) poszły pleniące się jak zielsko kolejne symptomy braku poszanowania Najświętszego Sakramentu (o fenomenie "Wieczorów Chwały" i tańcach przed Chrystusem Eucharystycznym już wkrótce), a od braku poszanowania bliska już droga do pogardy... Boże, uchowaj!!!

Resume
Kościół rozmyje się w odmęcie herezji protestanckiej, jeśli nie zacznie szanować Najświętszego Sakramentu! Kapłani, którzy nie adorują Chrystusa Eucharystycznego z miłością i zaangażowaniem, w duchu i prawdzie, staną się krnąbrni i zobojętniali na wszystko, a owieczki, które ślubowali przyciągać do Boga zamienią się w świeckich szafarzy i szafarki Komunii Świętej, z których niedobitki przeskoczą do zielonoświątkowców, bo przecież ich "wieczerza" taka podobna do naszej mszy ... i piosenki te same grają, co my na oazie...

środa, 1 czerwca 2011

Arcybiskupie Patrick, kolego James - nie idźcie tą drogą

źródło
Jak podało wczoraj Radio Watykańskie spółka katolicko-metodystyczna z miasta "Bitelsów" postanowiła zrobić pewien mały, niewinny myk - wyświęcić (w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu) na pastorów kilku chłopaków z łapanki w katolickiej świątyni. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dogadując się w sprawie tego manewru czcigodni koledzy kierowali się własnym widzimisię, zamiast choćby elementarnym wyczuciem dobrego smaku... ale to dość powszechne w posoborowym rozumieniu słowa "ekumenizm": wszyscy ze wszystkimi, każdy z każdym, gdzie popadnie... 
A teraz wzmiankowana depesza:

Liverpool: Watykan przeciwny ordynacji metodystów w katolickiej katedrze
◊   Na polecenie Stolicy Apostolskiej katolicki metropolita Liverpoolu odwołał obrzęd ordynacji pastorów metodystycznych w swojej katedrze. Ordynacje miały się odbyć w przyszłym miesiącu. Na wykorzystanie katolickiej świątyni do protestanckiej liturgii abp Patrick Kelly zgodził się już jesienią. Miał być to symbol postępu, jaki dokonał się na ekumenicznej drodze do jedności – tłumaczy angielski hierarcha. Jego decyzja wzbudziła jednak wiele kontrowersji. „Niektórzy podkreślali, że gest ten może być błędnie odczytany, wprowadzić zamieszanie i budzić zgorszenie” – czytamy w oświadczeniu abp. Kelly. Tego samego zdania były też dwie watykańskie dykasterie: Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów oraz Papieska Rada ds. Popierania Jedności Chrześcijan.

Wziąwszy to pod uwagę, metropolita Liverpoolu cofnął zaproszenie i przeprosił metodystów za niespodziewane problemy. Zwierzchnik Kościoła metodystycznego w tym mieście przyjął decyzję arcybiskupa ze zrozumieniem, nazywając go swym kolegą i przyjacielem. Wiem, że nie była to decyzja łatwa, jestem nią zawiedziony, ale wymagała tego dyscyplina przynależności – podkreślił pastor James Booth.

kb/ catholic herlad
Bollettino Radio Giornale del 31/05/2011